Uno
Dawno nie pisałam. Tak po prostu - dawno nie wylewałam nigdzie swoich myśli, frustracji i ekscytacji. Niczego. A przyznam szczerze, że kiedyś zdarzało mi się otwierać jakiś stary pamiętnik albo ukrytego przed światłem dziennym bloga (czytaj: zabezpieczonego jakimś głupkowatym hasłem), żeby się "wygadać". Nie lubiłam rozmawiać z ludźmi o swoich rzeczach. Zawsze byłam trochę zamknięta w sobie i wolałam zostawiać dla nich porcję jakichś mikroprzechwałek, żeby sobie poprawić na chwilę humor, a w domu wrócić do nieco mroczniejszej codzienności. Nie muszą tego przecież wiedzieć.
Ostatnio moje życie jest...No właśnie, jakie ono jest? Trudne? Bez przesady. Inni mają bardziej pod górkę. Ale na pewno nie jest łatwe. Moja codzienność wywróciła się nieco do góry nogami, mimo że sama tego chciałam. Postanowiłam się wyprowadzić od rodziców i zamieszkać ze swoim partnerem. Na początku ekscytowałam się nawet samym wyobrażeniem o tym naszym wspólnym życiu, nawet, jak jeszcze nie podpisaliśmy ostatecznej umowy. Ale teraz wszystko się zmieniło. To takie nagłe zderzenie z pociągiem. A tym pociągiem jest po prostu rzeczywistość, nieco bardziej odmienna od tego wyobrażenia, o którym przed chwilą wspomniałam. Nie sądziłam, że będę musiała walczyć z czasem. Zatrzymywać usilnie momenty. Takie najmniejsze momenty...Gesty, pocałunki, ciepło, wspólny posiłek, czy wspólne dyskusje na wszystkie tematy świata. Nie sądziłam po prostu, że będę zmuszona zmagać się z wiecznym brakiem czasu dla mnie i stawianiem pracy na pierwszym miejscu.
Codziennie boje się, że któregoś dnia obudzę się i stwierdzę, że nie tak miało być. Nie tak miało wyglądać moje życie i tyle czasu upłynęło na życiu z klapkami na oczach. Każda próba rozmowy na ten temat kończy się naburmuszonym wyrazem twarzy, nutą pretensji w głosie i w zasadzie sprowadzaniem sedna sprawy, że "nie jestem dostatecznie wyrozumiała". Nie jestem? Jestem. Sama kocham swoją pracę i znam smak poświęcenia na jej rzecz. Ale są pewne granice. A dla mnie najważniejszy jest czas i obecność.
Ostatnio moje życie jest...No właśnie, jakie ono jest? Trudne? Bez przesady. Inni mają bardziej pod górkę. Ale na pewno nie jest łatwe. Moja codzienność wywróciła się nieco do góry nogami, mimo że sama tego chciałam. Postanowiłam się wyprowadzić od rodziców i zamieszkać ze swoim partnerem. Na początku ekscytowałam się nawet samym wyobrażeniem o tym naszym wspólnym życiu, nawet, jak jeszcze nie podpisaliśmy ostatecznej umowy. Ale teraz wszystko się zmieniło. To takie nagłe zderzenie z pociągiem. A tym pociągiem jest po prostu rzeczywistość, nieco bardziej odmienna od tego wyobrażenia, o którym przed chwilą wspomniałam. Nie sądziłam, że będę musiała walczyć z czasem. Zatrzymywać usilnie momenty. Takie najmniejsze momenty...Gesty, pocałunki, ciepło, wspólny posiłek, czy wspólne dyskusje na wszystkie tematy świata. Nie sądziłam po prostu, że będę zmuszona zmagać się z wiecznym brakiem czasu dla mnie i stawianiem pracy na pierwszym miejscu.
Codziennie boje się, że któregoś dnia obudzę się i stwierdzę, że nie tak miało być. Nie tak miało wyglądać moje życie i tyle czasu upłynęło na życiu z klapkami na oczach. Każda próba rozmowy na ten temat kończy się naburmuszonym wyrazem twarzy, nutą pretensji w głosie i w zasadzie sprowadzaniem sedna sprawy, że "nie jestem dostatecznie wyrozumiała". Nie jestem? Jestem. Sama kocham swoją pracę i znam smak poświęcenia na jej rzecz. Ale są pewne granice. A dla mnie najważniejszy jest czas i obecność.
Komentarze
Prześlij komentarz